niedziela, 17 października 2010

Awangarda.

Ostatnia wyprawa do Bonusa zaowocowały drobnym przemeblowaniem i takim oto sposobem w moim pokoju w bunkrze zagościł On. Bezkompromisowy, wyraźny, oryginalny.

Ładnie komponuje się z plakatem, poza tym jest niezastąpiony do suszenia ubrań i przechowywania w nim wszystkiego-co-się-nie-mieści-w-szafie.

czwartek, 14 października 2010

Historia serc z Akureyri.

Kiedy wjeżdżamy do miasta wita nas duży billboard z wyraźnym, czerwonym sercem.
Idąc przez miasto widzę kolejne na szybie jakiegoś urzędu. Zaraz, zaraz, skądś je kojarzę, takie specyficzne, jakby składające się z setek innych malutkich serduszek. Serca wszędzie : na szybie sklepu, na szybach uniwersytetu, na plakatach.

Mało.

Wieczorem na wzgórzu po drugiej stronie fiordu wieczorem świecą światła ułożone w kształcie serca, olbrzymie złote serce miga przez całą noc. Czerwone światła na sygnalizatorach drogowych też mają kształt serca.

Kryje się za tym pewna historia. Dwa lata temu bankowy kryzys wstrząsnął Islandią, kurs waluty poleciał na łeb, na szyję (wartość korony islandzkiej spadłą o połowę), banki ogłaszały upadłość, ludzie tracili oszczędności, podczas gdy prezesi banków otrzymywali sute odprawy, a parę miesięcy później - wierzyciele - głównie z Wielkiej Brytanii i Holandii zaczęli pukać do drzwi.

Islandczykom było smutno. Wielu z nich po raz pierwszy wyszło protestować na ulice, bo skończyło się bajkowe życie. Co prawda, skończyło się to tak, że większość Islandczyków nie byłą w stanie pozwolić sobie na kupno 3 samochodu, domku za miastem czy kolejnego macbooka, no ale cóż - większość naprawdę bała się co przyniesie kolejny dzień, czy nie stracą wszystkich oszczędności, czy ceny żywności nie będą wzrastać drastycznie z dnia na dzień.

Islandczycy mają dużo dzieci - może to z miłości, może z chęci zaludnienia wyspy, a może dlatego, płaci się wtedy drastycznie niższe podatki. Rzesza dzieciaków z Akureyri była bardzo zmartwiona, że rodzice są smutni i zdenerwowani. Dzieciaczki nie za bardzo wiedziały, dlaczego tak jest, ale postanowiły wspierać swoich rodziców. I ta armia maluczkich poprosiła o pomoc nauczycieli w szkołach i przedszkolach. Razem wymyślili, że wszędzie w mieście będą serca, żeby dorośli mogli zobaczyć, że najważniejsza jest miłość, nie pieniądze. Że wszyscy chcą być razem i się nawzajem wspierać. Że dorośli mogą liczyć na swoje pociechy.

Kilka dni temu imponujące światło w kształcie serca ze wzgórza przestało świecić w nocy. Kilka dni temu też skończył się sezon turystyczny.

Ile w akurejskich sercach prawdy, a ile marketingu?

środa, 13 października 2010

Nie taki diabel straszny.

Dzis bez polskich znakow, bo pisze z germanskiego komputera.


Badania przeprowadzono na dwuosobowych grupach reprezentujacych wybrane narody.

Po pierwsze, nie kazdy Litwin jest bogiem koszykowki.

Po drugie, kazdy Hiszpan i Hiszpanka gra dobrze w noge.

Po trzecie, Kanadyjczycy to idioci. Ciagle krzycza, uwielbiaja tylko amerykanska muzyke i kochaja iPhone'y, szczegolnie z cyferka 4. Dlaczego? Bo jest zajebisty. Dlaczego? Bo jest najnowszy, cienszy i w ogole fajny.

W sumie Kanada to taka prowincja Stanow, troche jak Austria dla Niemiec.

Przy okazji chcialbym pozdrowic Sylwie, Pawla, mame, tate, i caly Wroclaw!

sobota, 9 października 2010

Akureyri domem Szatana i jego pachołka, Bafometa

Masoneria
Dom Masonów
Jezusie Mariacki! Śpię teraz tylko z nożem pod poduszką, a wychodząc do vinbudu mam zawsze gaz w kieszeni.

Żeby w takim małym miasteczku, na końcu świata, tyle zła się zebrało. Wszystko w zasięgu 10 minutowego spaceru.

W Akureyri mamy Masonerię, Żydostwo, na dodatek jeszcze świadków Jehowy. To nie jest miejsce dla uczciwego Polaka katolika.
Żydzi

Świadkowie Jehowy - sala modlitw
Poza tym - na Islandii nie istnieje coś takiego jak ochrona danych osobowych. Każdy, kto przyjeżdża na wyspę powinien otrzymać magiczną kennitalę - taki PESEL. Można wtedy otworzyć konto w banku i rozpętać następny kryzys, pracować na podstawie umowy lub uzyskać numer telefoniczny od lokalnego operatora.

Dzisiaj zamawialiśmy pizzę przez internet. Klik, klik, wybierz dodatki,  rozmiar, napój, takie tam. Potem podaj numer, potem potwierdź zamówienie kodem przesłanym esemesem, klik i PACH! Na stronce pizzerii widzisz swój adres - dokładny, nawet z numerem pokoju. Łoooo.

czwartek, 7 października 2010

Język islandzki.


Jest to wyjątkowy język z jednego względu: nie ma tu prawie W OGÓLE słów pochodzenia angielskiego. Mogliśmy się śmiać z Francuzów, którzy próbowali przeforsować nazywanie komputera ordynatorem (ordinateur). Islandczycy biją ich na głowę.

W islandzkim nie ma komputera, nie ma kalkulatora, nie ma nawet weekendu! 

Szalenie niesłychane jest to, że nie ma żadnej Rady Starszych w Towarzystwie Poważnych Przyjaciół Czystości Języka, którzy narzucają nowe słownictwo młodzieży. Owszem, jakieś Towarzystwo jest, ale pomysły na nowe słowa może przesłać każdy. Koleżanka koleżanki skutecznie zaproponowała jakiś czas temu odpowiednik deadline’a (który, jak zauważyłem, miejscami się przyjmuje w Polsce zamiast swojskiego terminu) – nazwała go banastriki

W islandzkim nie ma komputera, nie ma kalkulatora, nie ma nawet weekendu!

Helgi – weekend
Reiknivél – kalkulator
Tölva – komputer

Mają też kilka śmiesznych literek : Đ þ ð æ

Jeśli ktoś chciałby spróbować sił i nauczyć się islandzkiego - http://icelandiconline.is/

We wtorek w stolicy mecz w piłkę nożną - Portugalia kontra Islandia.

Islandczycy mają chyba najuczciwszą reprezentację na świecie:

poniedziałek, 4 października 2010

Sveinn, owce i konie.


Islandia ma około trzystu tysięcy mieszkańców. Malutko. Duża wyspa, mało ludzi, musi być im w związku z tym smutno, że jest ich tak mało, trzech mieszkańców na kilometr kwadratowy, kwadrans trzeba iść, żeby pogadać z drugą żywą duszą. Może dlatego na każdego Islandczyka przypadają dwie owce? Żeby nie czuli się tak samotni?
 
Żarty na bok. Na wulkanicznej wyspie jest pół miliona owiec. Pół miliona rogatych puchato-włochatych milusińskich pasących się na zielonych stokach islandzkich dolin. Wspominałem już o święcie owcy i baranka, teraz parę słów więcej: 
Wiosną farmerzy wypuszczają swoje stada owiec z farm na stoki gór i w doliny. Jeśli na zielonych stokach widzicie rzeszę białych plamek – są to owce. Przez kilka miesięcy są zupełnie wolne – biegają gdzie chcą, robią co chcą, nikt ich nie pogania, nikt ich nie próbuje nawet ujarzmić. Dopiero z początkiem jesieni farmerzy zaczynają zaganiać je na farmy – w górach zaczyna pojawiać się śnieg, a owce bez pomocy człowieka nie przeżyją zimy. A do tego czasu można je spotkać wszędzie.
 
W środku parku Jökulsárgljúfur (tak z 60 km od najbliższych osad) spotykam parę. Owce nie są dzikie, mają znaczki w uszach. Stoją, patrzą się na mnie. Nie wyglądają na wystraszone. Baran dumny, patrzy zaciekawiony, maciorka trochę płocha, przesuwa się bliżej niego. Owce trzymają dystans, nie pozwalają podejść za blisko -  odsuwają się, nie uciekają. To ich teren.
 
Sveinna poznaję w autobusie jadąc na coroczne zaganianie koni z gór. Sveinn jest typowym Islandczykiem, ma na sobie wełniany sweter, blond włosy i częstuje nas whiskey „Scottish Leader” (chyba jedna z tańszych, połówka w plastikowej butelce). Marzy o własnej farmie, kocha islandzką przyrodę, lubi polować na dzikie gęsi i szaleje za końmi. 
 
Kiedyś chciałby mieć dwa. Podczas zaganiania koni, gdzie jesteśmy otoczeni przez setki z nich pokazuje mi jednego: „widzisz tamtego brązowego?” Myślę sobie: tam jest ze dwadzieścia brązowych.
„Tamtego z jaśniejszą grzywą, białą strzałką na pysku, rozjaśnieniem pod kolanami, ciemną grzywą”. Koń jak koń dla mnie. Sveinn, widać, kocha konie. Tłumaczy mi, o co w tej całej zabawie z końmi chodzi.

Konie, podobnie jak owce, są niemal wolne. Na Islandii nie ma stajen, konie swobodnie żyją w dolinach. Pod koniec września zagania się je z dolin w jedno miejsce, taką betonową zagrodę. Islandczycy zjeżdżają się z całej wyspy, aby zobaczyć konie biegnące po zboczu góry, poczuć tupot kopyt o mocy trzęsienia ziemi. Tysiąc koni w jedno miejsce. W całym tumulcie właściciel musi odnaleźć swoje sztuki, zaprowadzić je do zagrody, a potem na kilka dni zabiera na swoją farmę, głównie po to, żeby konie odrobaczyć i zaszczepić. Część zostaje dłużej, aby mogły zostać trochę ujeżdżane. Prawie cały rok spędzają jednak w górskich dolinach.

Sveinn mówi, że tak jest lepiej. Źrebak, który spędzi pierwsze lata swojego życia w dziczy, jest bardziej samodzielny i odważny, bardziej nadaje się do ujeżdżania i treningów.

Wracamy autobusem. Kończę ze Sveinn’im „Szkockiego Lidera”.