Podobnie jak u Zaka, też gramy w gry. Nasze korzenie nie sięgają aż tak daleko, ale też jest dobrze.
Zbieramy się w jadalni, rozstawiamy komputery, instalujemy Counter - Strike 1.6 (non-steam, oczywiście) i gramy.
Kiedy tylko poszła plotka, że zamykamy się i gramy w CS-a, od razu znaleźli się następni chętni. Teraz na lan party dom Akur-Inn walczy z domem (Drekagill), drużyna polsko-niemiecka przeciwko litewsko-czeskiej. Kto wygrywa? Zależy od mapy. Nie jest łatwo, bo Giedruyc z Litwy zdobył wicemistrzostwo kraju ze swoim klanem. I wyprawia cuda z nożem.
Szczęśliwie, Mateusz też zjadł zęby na CS-ie. Alex, ja (Akur-Inn) , Pavel i Aleksiej (Drekagill) biegamy wesoło po mapie licząc, że nie dostaniemy headshota od któregoś z pro-gamerów ;) . Jako, że w CS-a nigdy dużo nie grałem, padałem często (co zaczynało denerwować) - po pewnym czasie odkryłem uroki pistoletu Desert Eagle i udało mi się zdobyć dużo, a czasami nawet bardzo dużo, fragów.
Rewanż w przyszłym tygodniu. A potem zagramy w Unreal Tournament, oj będzie się działo.
PS. Co robią dziewczyny, kiedy wszystkie miejsca przy stole są zajęte, a huk karabinów uniemożliwia obejrzenie filmu w spokoju?
Szydełkują.
sobota, 13 listopada 2010
czwartek, 11 listopada 2010
O Polakach na Grimsey.
Wysepka Grimsey ma wymiary mniej więcej pięć na jeden kilometr. Przez dwie trzecie długości wyspy biegnie pas startowy małego lotniska. Jest tutaj kościół, hotel, sklep spożywczy, szkoła podstawowa i port. No i koło podbiegunowe.
Wyspa ma jakąś setkę mieszkańców - nasza wycieczka spowodowała chwilowy wzrost populacji aż o 10%. Każdy ma tutaj samochód, chociaż odległość między dwoma kańcami wioski to maksymalnie kilometr. Nie ma na wyspie policji. Mieszka tam i pracuje czwórka Polaków: Ania, Dagmara, Marek i Mariusz. Wyjechali dawno temu z Polski, pracowali w różnych miejscach na Islandii, w końcu wylądowali na Grimsey. Mogliśmy się zatrzymać u nich i przenocować za darmo, jestem im za to dozgonnie wdzięczny. Oprowadzili nas też po wyspie i pokazali przetwórnię ryb, w której pracują.
Kutry z grimseyskiego portu dostarczają dorsze do jednej z trzech tutejszych przetwórni. Są one obrabiane i maczane przez długi czas w wodzie z wysoką zawartością soli, suszone i wysyłane do Portugalii, gdzie stanowią przysmak nazywany bacalhau, szczególnie popularny podczas świąt Bożego Narodzenia. Śmieją się z nas, kiedy robimy zdjęcia zmrożonym filetom - 'dajcie spokój, przecież to nic specjalnego'.
Oprócz pracy w przetwórni, zdarza im się pływać też na kutrze. Ciężka robota, mówią, a wszystko zależy też od pogody. Czasami nawet 16 godzin dziennie, wracasz do domu i nawet nie pamiętasz, kiedy ze zmęczenia padłeś na łóżko. Za to świetnie płatna. Marek odłożył już grubo ponad 100 tysięcy złotych, uzbiera więcej i będzie chciał wracać do kraju. Żałuje jednak, że dużą część ze swoich oszczędności przepił na wyspie. Co jak co, są ogólnie zadowoleni, wszystko ma plusy i minusy, ale plusów chyba jest więcej. Chwalą sobie podejście tutejszych do pracy - typowo południowe - bez presji, bez pośpiechu, bez nerwów.
Kutry czasami wypływają nawet na dwa tygodnie na okoliczne wody. Ciągną za sobą kilometrowe sieci, a na pokładzie jest mini-przetwórnia ryb. Jednostki te nie są oszałamiającej wielkości - ot, statek po prostu, prom, którym wracaliśmy był dużo większy. Praca na kutrze jest dużo lepiej płatna niż w przetwórni (nawet do miliona koron za trzytygodniowy rejs w trudnych warunkach), ale nie każdy może się załapać - ilość miejsc jest zawsze ograniczona, a armator chce dać szansę wszystkim wyspiarzom.
Ciekawostką jest to, że przynętą na islandzkie dorsze wysyłane do Portugalii są... koreańskie kalmary. Globalizm.
Grimsey też jest słynne (jednak jest to sława lokalna, raczej tylko wśród Islandczyków) z pędzonego tutaj bimbru. "Nasi" też poznali recepturę i miałem okazję spróbować (poczęstowali tylko mnie i Marcina, to był zaszczyt) - anielsko łagodny smak i diabelska moc. To pewnie przez to koło podbiegunowe.
Wracaliśmy następnego dnia promem. pogoda była zła, ósemka w skali Beauforta. Na oceanie bujało jak diabli, góra-dół, prawo-lewo. Nawet duszpasterz szybko poległ i poleciał oddać hołd Neptunowi. Wytrzymałem może 10 minut, potem poczułem, jak żołądek przewraca się na drugą stronę. Pobiegiem na koję, zamykam oczy i proszę o szybki sen. Pomogło, przespałem całą podróż, a śniadanie zostało tam, gdzie być powinno.
A prawdziwym wilkiem morskim okazał się Pavel, z kraju słynącego ze wspaniałej flotylli i tradycji marynarskich - Republiki Czeskiej.
![]() |
| Mapa wyspy, z photo.is |
Kutry z grimseyskiego portu dostarczają dorsze do jednej z trzech tutejszych przetwórni. Są one obrabiane i maczane przez długi czas w wodzie z wysoką zawartością soli, suszone i wysyłane do Portugalii, gdzie stanowią przysmak nazywany bacalhau, szczególnie popularny podczas świąt Bożego Narodzenia. Śmieją się z nas, kiedy robimy zdjęcia zmrożonym filetom - 'dajcie spokój, przecież to nic specjalnego'.
![]() |
| Przetwórnia od środka. Fot. Maja H. |
| Jak japońscy turyści. |
Ciekawostką jest to, że przynętą na islandzkie dorsze wysyłane do Portugalii są... koreańskie kalmary. Globalizm.
Grimsey też jest słynne (jednak jest to sława lokalna, raczej tylko wśród Islandczyków) z pędzonego tutaj bimbru. "Nasi" też poznali recepturę i miałem okazję spróbować (poczęstowali tylko mnie i Marcina, to był zaszczyt) - anielsko łagodny smak i diabelska moc. To pewnie przez to koło podbiegunowe.
Wracaliśmy następnego dnia promem. pogoda była zła, ósemka w skali Beauforta. Na oceanie bujało jak diabli, góra-dół, prawo-lewo. Nawet duszpasterz szybko poległ i poleciał oddać hołd Neptunowi. Wytrzymałem może 10 minut, potem poczułem, jak żołądek przewraca się na drugą stronę. Pobiegiem na koję, zamykam oczy i proszę o szybki sen. Pomogło, przespałem całą podróż, a śniadanie zostało tam, gdzie być powinno.
A prawdziwym wilkiem morskim okazał się Pavel, z kraju słynącego ze wspaniałej flotylli i tradycji marynarskich - Republiki Czeskiej.
środa, 10 listopada 2010
O locie Twin Otterem.
de Havillan Canada DHC-6 Twin Otter.
Długość: 15.77 m
Rozpiętość skrzyteł: 19.80 m
Prędkość maksymalna: 314 km/h
Maksymalny zasięg: 1690 km.
Ilość miejsc dla pasażerów: 20
Ilość katastrof lotniczych zarejestrowanych na airdisaster.com : 55.
Leciałem tym maleństwem na Grimsey. Lecąc kilkaset metrów nad oceanem w samolocie wielkości mikrobusa jest tak jakoś inaczej. Nie ma stewardess biegających w koło i próbujących wcisnąć Ci zdrapki od Ryanaira, można dziesięciopak lagerów wnieść na pokład aby umilić sobie podróż... tylko, że ten Twin Otter taki mały. Hej, nie ma się czym martwić - przecież duże i małe samoloty spadają tak samo.
W dół.
Długość: 15.77 m
Rozpiętość skrzyteł: 19.80 m
Prędkość maksymalna: 314 km/h
Maksymalny zasięg: 1690 km.
Ilość miejsc dla pasażerów: 20
Ilość katastrof lotniczych zarejestrowanych na airdisaster.com : 55.
Leciałem tym maleństwem na Grimsey. Lecąc kilkaset metrów nad oceanem w samolocie wielkości mikrobusa jest tak jakoś inaczej. Nie ma stewardess biegających w koło i próbujących wcisnąć Ci zdrapki od Ryanaira, można dziesięciopak lagerów wnieść na pokład aby umilić sobie podróż... tylko, że ten Twin Otter taki mały. Hej, nie ma się czym martwić - przecież duże i małe samoloty spadają tak samo.
W dół.
poniedziałek, 8 listopada 2010
O rozmowach z Johanem Aureliusem.
Dziwne imię jak na Islandczyka. Podobno ojciec nadał mu je na cześć jednego z odległych przodków, bodobno będącego pastorem w jednym islandzkichh kościołów. Aurelius jest pisarzem, poetą. Sławnym w Islandii, jednak nie na tyle, by był cień szansy abyśmy my mogli go znać. Wpadł do Akureyri aby promować swoją najnowszą książkę, w języku islandzkim oczywiście. Zatrzymał się w naszym gasthausie na tydzień, powrót do korzeni, jak mówi – pochodzi z Akureyri.
Jak sam twierdzi, stara się żyć pełnią życia i korzystać ze wszystkich jego uroków. Spojrzawszy na dziewczyny, zaraz się poprawia – jak na sześćsziesięcioparolatka, oczywiście. Pod jednym względem jest nietypowy jak na Islandczyka – nie jest zbytnio zachwycony Islandią. Uważa Akureyri za nudne prowincjonalne miasteczko bez „ducha”, bez esencji, i, z przymrużeniem oka komentuje film Reykjavik 101 jako szczytowe osiągnięcie islandzkiej kinematografii.
Jego angielski przypomina nieco pijacki bełkot – mówi bardzo szybko po angielsku z silnym, melodyjnym islandzkim akcentem, przez co momentami bardzo ciężko go zrozumieć (większość Islandczyków mówi po angielsku płynnie, ale śmiesznie powoli, akcentując każde słowo z osobna)
Pogaduszka zaczyna się obracać wokół jego drugiego imienia, przydomka, i schodzi na „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Udaje mi się go zaskoczyć paroma cytatami z pamięci. Dalej odrobinkę filozoficznie, po czym mówi dobranoc i idzie do swojego pokoju.
Ma też żonę, która nigdy nic nie mówi. Zapytam się o to następnym razem.
Jak sam twierdzi, stara się żyć pełnią życia i korzystać ze wszystkich jego uroków. Spojrzawszy na dziewczyny, zaraz się poprawia – jak na sześćsziesięcioparolatka, oczywiście. Pod jednym względem jest nietypowy jak na Islandczyka – nie jest zbytnio zachwycony Islandią. Uważa Akureyri za nudne prowincjonalne miasteczko bez „ducha”, bez esencji, i, z przymrużeniem oka komentuje film Reykjavik 101 jako szczytowe osiągnięcie islandzkiej kinematografii.
Jego angielski przypomina nieco pijacki bełkot – mówi bardzo szybko po angielsku z silnym, melodyjnym islandzkim akcentem, przez co momentami bardzo ciężko go zrozumieć (większość Islandczyków mówi po angielsku płynnie, ale śmiesznie powoli, akcentując każde słowo z osobna)
Pogaduszka zaczyna się obracać wokół jego drugiego imienia, przydomka, i schodzi na „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Udaje mi się go zaskoczyć paroma cytatami z pamięci. Dalej odrobinkę filozoficznie, po czym mówi dobranoc i idzie do swojego pokoju.
Ma też żonę, która nigdy nic nie mówi. Zapytam się o to następnym razem.
sobota, 6 listopada 2010
Pierogi i naziści.
Dzisiaj polska reprezentacja Akur-Inn'u uraczyła pozostałych erazmusowców prawdziwie polskim daniem jakim są pierogi ruskie! Po kierownictwem szefa kuchni, Mateusza, ulepiliśmy jakieś 150 sztuk ruskich pierogów.
Pieróg, jak wygląda, każdy wie, obrazków zamieszczać chyba nie muszę.
4 godziny lepienia nie poszły na marne, naprawdę, prawie poczułem się jak w naszym swojskim barze mlecznym "Miś". Jeśli wiatry pozwolą mi bezpiecznie wylądować na polskiej ziemi i zagoszczę jeszcze raz w "Misiu", zamówię pierogi - pomyślę nie tylko "jakie dobre pierogi", ale też "Ło kurcze, ile roboty w to trzeba było włożyć". Czechom, Hiszpanom, Słoweńcom i Niemcom też smakowało.
A teraz z przymrużeniem oka o podejściu młodych Niemców wycinka obejmującego 6 lat ich historii
Na początek żarcik z Family Guy'a
Puść skecz o hitlerowcach, czy powiedz czarny, barbarzyński, ale śmieszny dowcip - jeden się i mówić będzie " To historia, nie chcę być postrzegany jako winny tamtych wydarzeń, itp...). Inny - ryknie gromkim śmiechem. A o swoich ziomków nie zapyta "Where did X and Y go", tylko "Where did the nazis go?"
Pieróg, jak wygląda, każdy wie, obrazków zamieszczać chyba nie muszę.
4 godziny lepienia nie poszły na marne, naprawdę, prawie poczułem się jak w naszym swojskim barze mlecznym "Miś". Jeśli wiatry pozwolą mi bezpiecznie wylądować na polskiej ziemi i zagoszczę jeszcze raz w "Misiu", zamówię pierogi - pomyślę nie tylko "jakie dobre pierogi", ale też "Ło kurcze, ile roboty w to trzeba było włożyć". Czechom, Hiszpanom, Słoweńcom i Niemcom też smakowało.
A teraz z przymrużeniem oka o podejściu młodych Niemców wycinka obejmującego 6 lat ich historii
Na początek żarcik z Family Guy'a
Puść skecz o hitlerowcach, czy powiedz czarny, barbarzyński, ale śmieszny dowcip - jeden się i mówić będzie " To historia, nie chcę być postrzegany jako winny tamtych wydarzeń, itp...). Inny - ryknie gromkim śmiechem. A o swoich ziomków nie zapyta "Where did X and Y go", tylko "Where did the nazis go?"
czwartek, 4 listopada 2010
Haskolinn a Akureyri.
| Widok na część kompleksu. Zdjęcie jeszcze z ciepłych dni. |
| Matematyczny dzwon. |
To, co mi się podoba, a zarazem jest bardzo islandzkie, z każdym rozmawia się tutaj „jak równy z równym”. Młody doktorant zwraca się do samego rektora po imieniu. Idę do nauczyciela, koordynatora, gdziekolwiek i mogę się poczuć niczym klient uczelni, a nie jak petent „aczegotuznowuchce”.
Mimo wszystko jeden wielki minus - w tym semestrze w 90% obcięto kursy z prawa polarnego, czyli jakąś połowę mojego pierwotnego learning agreementu.
Mimo wszystko jeden wielki minus - w tym semestrze w 90% obcięto kursy z prawa polarnego, czyli jakąś połowę mojego pierwotnego learning agreementu.
Zajęcia prowadzone są tu w trzytygodniowych blokach. Czyli od poniedziałku do czwartku (czasem piątek, ale rzadko) od 8 rano do popołudnia przez trzy tygodnie mam tylko jeden przedmiot zakończony egzaminem. Potem następny, i następny, i następny. Zaleta wielka – mozna skupić się tylko naprawdę na jednym przedmiocie, nie ma żonglerki: karne-cywilne-europejskie, nie trzeba się bawić we wcześniejsze zaliczanie i przedterminy.
A kursy? Najciekawsze były seminaria prawnicze, na których zajęcia prowadził Jakob Th. Moller. Tematyka zajęć obracała się wokół Protokołu Opcjonalnego i Komitetu Praw Człowieka, a pan Jakob pracował tam przez kilkanaście lat (nie tylko w Komitecie – także w Międzynarodowym Trybunale Karnym dla Byłej Jugosławii). Poznanie całej tej materii od strony formalnej i praktycznej od osoby, która naprawdę się na tym zna, prawdziwego specjalistę w tej dziedzinie było warte każdej minuty spędzonej na sali.
Jest to niesamowita różnica jakościowa w porównaniu z tym, co u uczyłem się o „międzynarodach” we Wrocławiu. Zresztą, jakby inaczej, nie sposób porównać wiedzy naszych doktorów którzy posiadają znakomitą ogólną wiedzę, z kimś kto faktycznie w tym „siedzi” od lat. I otwarcie mówi o wątpliwościach składu sędziowskiego w sprawie sprzed 15 lat co do repatriacji; kiedy Protokół Opcjonalny nie działa, tak jak zamierzono, chociaż jest stosowany zgodnie z jego literą. Miło usłyszeć to od kogoś, kto tam był.
Najgorszy? „Writing and critical thinking”, dumnie brzmi, podobnie dumnie brzmiał opis i sylabus. Rzeczywistość – zupełnie inna. Mieszanka podstaw bibliografii, logiki formalnej i po trochu wszystkiego. Nudy jak diabli, ale mam już to za sobą.
Jak ktoś chce, może sobie zajrzeć na stronę uczelni - Tutaj
Jak ktoś chce, może sobie zajrzeć na stronę uczelni - Tutaj
poniedziałek, 1 listopada 2010
Bezdomny z Rejkyaviku.
Tak wałkuję i wałkuję tę wycieczkę - dobra, ostatnie zdjęcia, żeby pokazać kilka ciekawostek.
I na deser, obiecane - historia bezdomnego z Rejkyaviku. Zgodnie z planem mieliśmy zabrać jeszcze koleżankę z Rejkyaviku, dodatkowy pasażer w drodze powrotnej do Akureyri zawsze mile widziany. Im bliżej stolicy, tym myśl w głowie narastała - skoro duże miasto, do będzie KFC. Nic ciepłego jeszcze nie jedliśmy, co tam, należy się nam.
Oczywiście, za pierwszym podejściem nie znaleźliśmy ani KFC, ani koleżanki. Wylądowaliśmy gdzieś na drugim końcu miasta w okolicach portu. Już mieliśmy zawracać, gdy podszedł do nas człowiek w szarawym prochowcu, zagadał po islandzku, ale szybko się spostrzegł że żaden z nas po islandzku ani be ani me. Szybko się poprawił i zaczął od nowa, piękną angielszczyzną. Parę słów o sobie, że nie jest dumny ze swojej sytuacji i jest mu bardzo głupio, ale poprosił nas o gotówkę lub jedzenie.
Mieliśmy jeszcze resztkę zapasów, daliśmy nasze kanapki, skondensowane zupy, czekolady, sporo. Prawdziwie szczery uśmiech zagościł na jego twarzy. Zapytaliśmy go jeszcze o drogę - już nie do KFC, wstyd pytać.
Swoją drogą, to ciekawe, spotkać człowieka, którego sytuacja jest drastycznie dramatyczniejsza od twojej, nawet w tak bogatym kraju jak Islandia, i zdać sobie sprawę, że to, o czym myślisz, to głupoty i pierdoły.
Jeden ze znajomych zadzwonił kiedy jeszcze byliśmy w Rejkyaviku, aby ostrzec nas o pogarszającej się pogodzie. Trzeba się spieszyć, żadnych gorących fast-foodów. Wbrew prognozom, droga był idealna, bez opadów, praktycznie zero śniegu, więc trasa była bezpieczna. Dwa dni drogi, niezapomniane, wspaniałe widoki, półtora tysiąca kilometrów. Tylko portfel zajęczał, jak podsumowaliśmy ilość spalonej benzyny.
![]() |
| Opuszczony basen z wodą termalną w jednej z dolin. Szatnie są zdewastowane, a czarny piasek powoli zasypuje basen. Tylko woda nadal gorąca. |
| Hotel u podnóża góry - dobrze oddaje prawdziwą wielkość islandzkich skał. |
| Gejzer. |
| Owce na drodze - rzecz normalna. Nawet na mniej uczęszczanych odcinkach głównej drogi krajowej. |
Oczywiście, za pierwszym podejściem nie znaleźliśmy ani KFC, ani koleżanki. Wylądowaliśmy gdzieś na drugim końcu miasta w okolicach portu. Już mieliśmy zawracać, gdy podszedł do nas człowiek w szarawym prochowcu, zagadał po islandzku, ale szybko się spostrzegł że żaden z nas po islandzku ani be ani me. Szybko się poprawił i zaczął od nowa, piękną angielszczyzną. Parę słów o sobie, że nie jest dumny ze swojej sytuacji i jest mu bardzo głupio, ale poprosił nas o gotówkę lub jedzenie.
Mieliśmy jeszcze resztkę zapasów, daliśmy nasze kanapki, skondensowane zupy, czekolady, sporo. Prawdziwie szczery uśmiech zagościł na jego twarzy. Zapytaliśmy go jeszcze o drogę - już nie do KFC, wstyd pytać.
Swoją drogą, to ciekawe, spotkać człowieka, którego sytuacja jest drastycznie dramatyczniejsza od twojej, nawet w tak bogatym kraju jak Islandia, i zdać sobie sprawę, że to, o czym myślisz, to głupoty i pierdoły.
Jeden ze znajomych zadzwonił kiedy jeszcze byliśmy w Rejkyaviku, aby ostrzec nas o pogarszającej się pogodzie. Trzeba się spieszyć, żadnych gorących fast-foodów. Wbrew prognozom, droga był idealna, bez opadów, praktycznie zero śniegu, więc trasa była bezpieczna. Dwa dni drogi, niezapomniane, wspaniałe widoki, półtora tysiąca kilometrów. Tylko portfel zajęczał, jak podsumowaliśmy ilość spalonej benzyny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



