piątek, 26 listopada 2010
czwartek, 25 listopada 2010
Jak się człowiekowi komputer spsuje....
No właśnie, wtedy odkrywam, jak bardzo uzależniony od niego byłem. Najpierw nie wiem co robić - nie mogę odpalić Planescape: Torment, obejrzeć filmu, wejść na FB. A potem powoli horyzont zaczyna się poszerzać, klapki z oczu spadają.
W kącie leży nieskończony McCarthy, Rower Davida stoi wolny, nawet łowienie ryb przy -5 stopniach jest kuszące.
Poza tym, w związku z zaliczeniem kolejnego egzaminu, na moim koncie pojawiło się kolejne 6 ECTSów.
Jak tylko wszystko wróci do normy znów wrzucę obrazki, bo czekają w pamięci aparatu.
W kącie leży nieskończony McCarthy, Rower Davida stoi wolny, nawet łowienie ryb przy -5 stopniach jest kuszące.
Poza tym, w związku z zaliczeniem kolejnego egzaminu, na moim koncie pojawiło się kolejne 6 ECTSów.
Jak tylko wszystko wróci do normy znów wrzucę obrazki, bo czekają w pamięci aparatu.
wtorek, 23 listopada 2010
niedziela, 21 listopada 2010
O zorzy polarnej.
Ładną zorzę polarną widziałem dwa razy (średnią, taką sobie bez rewelacji to jeszcze ze cztery) : wczoraj i jeszcze w październiku. Zdjęcia nie mają się nijak do rzeczywistości, bo widok naprawdę zapiera dech w piersiach - zazwyczaj na tyle, że zamiast zrobić zdjęcie gapię się z rozwartą paszczą na mknące po niebie zielone fale, czasem zmieniające kolor na biały czy różowy. Może jeszcze się uda :).
Kiedy można zobaczyć zorzę? Różnie to bywa. Przede wszystkim, musi być ciemno - nie wystarczy poczekać do nocy (zazwyczaj pojawiają się między 22 a 01 w nocy), trzeba też się przejść w jakieś miejsce, gdzie nie będzie za dużo miejskich świateł. Fajnie, jeśli też nie będzie za dużo chmur. Trzaskający mróz nie jest wymagany, ale co prawda podczas mrozów zorze pojawiają się częściej. Najczęściej są zielone, czasem mają też przebłyski innych kolorów. Raz widziałem białą zorzę. Poszukiwanie zorzy jest dobrym pretekstem do przejścia się na spacer w środku nocy.
czwartek, 18 listopada 2010
Zima!
Jak sypnęło śniegiem, to porządnie. Tydzień temu padało parę dni i w efekcie miasteczko przykryła prawie 70-o centymetrowa warstwa śniegu.Temperatura w dzień waha się od 0 do -10 stopni Celsjusza na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni. I dzień coraz krótszy. Dzisiaj, kiedy szedłem na 9 rano było jeszcze ciemno... nie mogę się doczekać momentu, kiedy słońce będzie wschodzić w trakcie przerwy na lunch.
Różne zdjęcia mrozu robione przy okazji.
![]() |
| Widok na port. |
wtorek, 16 listopada 2010
O islandzkiej diecie i yum-yumach.
Co zrobić, kiedy zwyczajna islandzka dieta zbrzydnie? Ryby zdrowe i niedrogie, ale jedząc je dzień w dzień w pewnym momencie powiesz dość. Tak samo z baraniną.
Wyjście pierwsze: przerzucić się na dietę typowo europejską. Minus - zakup składników wyjdzie drogo. Z polską kuchnią też ciężko - pierogów dzień w dzień lepić nie da rady, a gotowych się nie kupi, Hellmans'a fasolka w sosie pomidorowym nie ma nic wspólnego z naszą fasolką po bretońsku, nawet po dodaniu boczku i kiełbasy, nie ma kapusty na bigos.
Wyjście drugie: szukać dalej, kopać głębiej i odkrywać tradycyjną kuchnię islandzką. Jest to ryzykowne. Weźmy na przykład ryby - harðfiskur, czyli suszone płaty ryby. Bardzo pożywne i bardzo smaczne, podobne trochę do norweskiego sztokfisza.
Jest też hákarl, zgniły rekin polarny. Tak, zgniły. Kroi się go w kosteczki, wrzuca do dołu, polewa moczem (tradycyjnie, teraz podobno już zaniechano tej praktyki), przykrywa jakimś głazem i zostawia na pół roku. Jeśli żadne zwierzę tego nie tknie, znaczy, że jest dobry. Pachnie najgorzej na świecie, smakuje jeszcze paskudniej. Wyobraźcie sobie największe obrzydlistwo do jedzenia które próbowaliście albo za nic nie spróbowalibyście. Wątróbka ze szkolnej stołówki? Szpinak? Kotlet z kota? Spleśniały chleb? Wszystko to niczym w porównaniu z hákarl. Za to wartości odżywczych ma sporo.
Też się dałem na to nabrać i spróbowałem. Tak naprawdę, większość turystów przyjeżdżających na Islandię próbuje tego tradycyjnego przysmaku. Jakoś nie widziałem nigdy Islandczyka, który by: a) powiedział, że to lubi, b) jadłby to coś, c) kupował zgnilca w sklepie. Może cały hákarl to perfidny żart wyspiarzy, na który wszyscy przyjezdni się nabierają?
Pewnego dnia chcę spróbować islandzkich homarów.
Islandczycy mają też kreatywne do baraniny. Kotlet, gulasz, udziec - typowe dania. Można kupić też jagnięce serca, niedrogie i naprawdę dobre, po usmażeniu z sosem sojowym, czosnkiem i papryką. Wątróbka nawet ujdzie. Można też kupić kiełbasę z nieokreślonych części baranków, która pachnie i smakuje jakby była wędzona w dymie papierosowym. Baranie główki już widzieliście, jest jeszcze salceson robiony z języka, oczu i baraniego mózgu i marynowane baranie jąderka (sic!). W odróżnieniu od rekina, Islandczycy naprawdę szaleją za baraniną i jagnięciną na 101 sposobów.
Ciekawostka, islandzki ser pleśniowy, gradaostur, jest przepyszny.
Wyjście trzecie: Jeść na mieście. Zdecydowanie za drogo.
Wyjście czwarte: Yum-Yum
Wyjście pierwsze: przerzucić się na dietę typowo europejską. Minus - zakup składników wyjdzie drogo. Z polską kuchnią też ciężko - pierogów dzień w dzień lepić nie da rady, a gotowych się nie kupi, Hellmans'a fasolka w sosie pomidorowym nie ma nic wspólnego z naszą fasolką po bretońsku, nawet po dodaniu boczku i kiełbasy, nie ma kapusty na bigos.
Wyjście drugie: szukać dalej, kopać głębiej i odkrywać tradycyjną kuchnię islandzką. Jest to ryzykowne. Weźmy na przykład ryby - harðfiskur, czyli suszone płaty ryby. Bardzo pożywne i bardzo smaczne, podobne trochę do norweskiego sztokfisza.
Jest też hákarl, zgniły rekin polarny. Tak, zgniły. Kroi się go w kosteczki, wrzuca do dołu, polewa moczem (tradycyjnie, teraz podobno już zaniechano tej praktyki), przykrywa jakimś głazem i zostawia na pół roku. Jeśli żadne zwierzę tego nie tknie, znaczy, że jest dobry. Pachnie najgorzej na świecie, smakuje jeszcze paskudniej. Wyobraźcie sobie największe obrzydlistwo do jedzenia które próbowaliście albo za nic nie spróbowalibyście. Wątróbka ze szkolnej stołówki? Szpinak? Kotlet z kota? Spleśniały chleb? Wszystko to niczym w porównaniu z hákarl. Za to wartości odżywczych ma sporo.
Też się dałem na to nabrać i spróbowałem. Tak naprawdę, większość turystów przyjeżdżających na Islandię próbuje tego tradycyjnego przysmaku. Jakoś nie widziałem nigdy Islandczyka, który by: a) powiedział, że to lubi, b) jadłby to coś, c) kupował zgnilca w sklepie. Może cały hákarl to perfidny żart wyspiarzy, na który wszyscy przyjezdni się nabierają?
Pewnego dnia chcę spróbować islandzkich homarów.
Islandczycy mają też kreatywne do baraniny. Kotlet, gulasz, udziec - typowe dania. Można kupić też jagnięce serca, niedrogie i naprawdę dobre, po usmażeniu z sosem sojowym, czosnkiem i papryką. Wątróbka nawet ujdzie. Można też kupić kiełbasę z nieokreślonych części baranków, która pachnie i smakuje jakby była wędzona w dymie papierosowym. Baranie główki już widzieliście, jest jeszcze salceson robiony z języka, oczu i baraniego mózgu i marynowane baranie jąderka (sic!). W odróżnieniu od rekina, Islandczycy naprawdę szaleją za baraniną i jagnięciną na 101 sposobów.
Ciekawostka, islandzki ser pleśniowy, gradaostur, jest przepyszny.
Wyjście trzecie: Jeść na mieście. Zdecydowanie za drogo.
Wyjście czwarte: Yum-Yum
Niedrogie, niezdrowe i smaczne. Występuje w trzech odmianach - warzywna, 'drobiowa' i 'o smaku wołowiny'. To daje duże pole do popisu i daje duże możliwości urozmaicenia diety.
Otóż, każdy z tych trzech smaków można jeść:
-pałeczkami lub łyżką,
-na śniadanie, obiad i/lub kolację,
-w domu lub na uczelni, w kuchni lub przed telewizorem czy monitorem,
-samemu lub w grupie (tzw. 'Group-Yums'),
-z dodatkiem jajka sadzonego, w typowo chiński sposób,
-popijając piwem,
-z drugim daniem lub jako przekąska,
-po przygotowaniu w mikrofalówce lub zalewając wrzątkiem i czekając chwilę
-z dodatkiem tabasco, suszonych warzyw, sosu sojowego, pieprzu lub papryki,
-z dodatkiem smażonego mięsa, warzyw czy tofu.
Razem 30 sposobów na zjedzenie zupki chińskiej.
poniedziałek, 15 listopada 2010
O islandzkiej kinematografii.
Dla większości z nas islandzka kinematografia jest wielką niewiadomą. Napędzana pasją do ruchomego obrazu i miłością do islandzkiej kultury, do lat 90 ubiegłego wieku była niemalże nieskażona komercją - zdarzało się, że ekipy filmowe pracowały za darmo, a ceny biletów na filmy islandzkie były wyższe niż na hollywoodzkie blockbustery (które blockbusterami na Islandii nie były, bo przegrywały z rodzimą produkcją). Islandzkie filmy są kuszącą alternatywą dla weteranów, poszukujących czegoś nowego na światowej mapie kina. Ostatnim przystankiem dla fanów kina skandynawskiego. Albo dobry wybór, jeśli chcesz być po prostu modny.
Minus może być jeden, przeciętny zjadacz chleba, który chce chleba i igrzysk, może uznać kino islandzkie z po prostu nudne.
101 Reykjavik
Mój typ na dziś. Dwa tysiące rok produkcja, sztandarowe dzieło islandzkiej kina. Komedia z elementami dramatu, wyraźni zarysowani bohaterowie, zakręcona fabuła, dużo śmiechu. W film też znakomicie wpleciono pierwiastek Islandii, przez co film jest nie tylko opowieścią o Hlynurze i Milagros, ale także o typowych przywarach wyspiarzy.
Polecam film, dobrze się przy nim bawiłem. Kto nie widział, niech zobaczy. Nie jest to film długi, około półtorej godziny, które, uwierzcie mi, zleci szybko.
Na Filmwebie film otrzymał notę 7 i pół.
Minus może być jeden, przeciętny zjadacz chleba, który chce chleba i igrzysk, może uznać kino islandzkie z po prostu nudne.
101 Reykjavik
Mój typ na dziś. Dwa tysiące rok produkcja, sztandarowe dzieło islandzkiej kina. Komedia z elementami dramatu, wyraźni zarysowani bohaterowie, zakręcona fabuła, dużo śmiechu. W film też znakomicie wpleciono pierwiastek Islandii, przez co film jest nie tylko opowieścią o Hlynurze i Milagros, ale także o typowych przywarach wyspiarzy.
Polecam film, dobrze się przy nim bawiłem. Kto nie widział, niech zobaczy. Nie jest to film długi, około półtorej godziny, które, uwierzcie mi, zleci szybko.
Na Filmwebie film otrzymał notę 7 i pół.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




