czwartek, 16 września 2010

Vinbud!

Islandia to kraj Skandynawów, a ci zawsze muszą odstawiać jakieś cyrki z alkoholem.

W normalnym markecie nie kupi się wina czy wódki, jedynie 'bezalkoholowe' 'piwo'. 'Bezalkoholowe', bo ma 2.5%, a 'piwo', bo chyba kiedyś leżało koło piwa.

Ale nie wszystko stracone!
Co prawda rząd tego malutkiego państwa ma monopol na dystrybucję alkoholu, można kupić złocisty trunek lub szlachetny napój wytwarzany z fermentacji zbóż czy kartofli. Trzeba tylko pójść do Vinbud'u,  czyli lokalnego monopolowego. Swoją drogą bardzo kulturalny markecik z naprawdę szerokim asortymentem piwa z całego świata, wina i mocniejszych trunków. Bajka się kończy kiedy spojrzysz na ceny. Cóż, jakoś sobie radzić trzeba, 6,50 za piwo to jeszcze nie koniec świata.

Ulubiony jest Viking Beer z lokalnego browarka. W sumie nothing special, ale stosunek jakość/cena przemawia za lagerem z zielonej puszki (jest jeszcze jakieś świństwo trochę tańsze, nie polecam).

W całym miasteczu jest tylko jeden Vinbud. Na całe szczęście akurat tuż pod moim gasthausem, znajomi z Czech muszą zapierniczać pół godziny piechotą.


Ciekawostka: w zasadzie wszędzie tutaj się płaci kartą. Rachuneczek na 4.000 koron (100 zł) - dajesz kartę i pach!, po sprawie. Żadnych PINów, limitów, czasem podpis na papierku. Paypass który z trudem przyjmuje się u nas w kraju to przy tym pikuś.

wtorek, 14 września 2010

Góry po islandzku.

Nad Akureyri góruje szpiczasty Sulur - na niego padł wybór naszej ekipy, żeby zdobyć jego szczyt. Wyruszyliśmy w niedzielę słusznym porankiem, pogoda zapowiadała się dobrze, ale każdy z nas wiedział, jak to tutaj naprawdę jest - nawet tutejsi prognoz pogody nie traktują serio, sytuacja pogodowa na wyspie potrafi zmieniać się radykalnie i niespodziewanie. Bez ryzyka nie ma zabawy.

Przeszliśmy piechotą miasto i kierowaliśmy się początkowo drogą, potem szlakiem w stronę szczytu, aż do lokalnego schroniska (czyli chaty do której musisz sobie załatwić klucze w biurze w mieście, przydatna jeśli chcesz zostać na noc i podziwiać zorze polarne).

Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero potem, kiedy wchodzisz na prawdziwy górski szlak. Jest inaczej. Tutejsze góry nie są odpowiednie na rodzinne wycieczki z małymi dziećmi w wolną niedzielę ani dla emerytów którzy postanowili tak dla hecy rozprostować swoje kości. Pewne jest jedno - szlak nie będzie prowadził przez pionowe skalne ściany.

Szlak wyznaczają drewniane tyczki rozmieszczone co jakieś 500 m. A że jest mgła? Co z tego, głupcze, to jest Islandia, trzeba było to przewidzieć! W naszym wypadku nie było tak źle, widoczność była dobra, wiatr wiejący od strony szczytu przyniósł nam jednak później chmury i deszcz. "Szlak" na szczyt wiódł po językach lawy, pamiętających pierwszych osadników, przez rdzawe potoki, rozległe mokradła, lodowcu i prze-stromych osuwiskach. Ach, to że jest szlak, nie znaczy, że prowadzi na szczyt jedna wydeptana ścieżka, albo w ogóle jakakolwiek ścieżka.




Zatrzymujesz się na zboczu i masz to wspaniałe uczucie - tylko ty i góra, z całą jej surowością, różnorodnością i niedostrzegalnym na pierwszy rzut oka bogactwem natury. Faktycznie, może się wydawać, że jest to jakieś pustkowie, lód, skały i mech, ale jeśli przyjrzeć się dokładnie widać piękno tego miejsca.

niedziela, 12 września 2010

Akureyri.

Akureyri to miasto (miasteczko). Tak, poza Reykjavikiem są na Islandii inne miasta, a to należy do jednego z największych poza stolicą.

Jeśli miałbym znaleźć jakieś podobne miasto w Polsce, wybrałbym Andrychów - też zaczyna się na literę A i też ma ok. 20 tys. mieszkańców (w Akureyri jest 17 tys.).



7 powodów dlaczego lubię to miejsce:

1. Darmowa komunikacja miejska,
2. Miasto leży nad fiordem, każdego ranka jedząc musli mogę podziwiać ładne widoki,
3. Wysokie góry i ciepłe źródła w okolicy (wszędzie można dostać się "z buta"),
4. Jest kino, są kluby, kawiarnie, pole golfowe (o tak!),
5. Są zniżki dla studentów w pubach. Ponadto, jeśli komuś mało, zniżki na geotermalny basen lub siłka za frajer,
6. Darmowe parkowanie (kiedyś może okazać się przydatne),
7. Jest tu przetwórnia ryb, dlatego jeśli 'exchange student' przepije ostatnią koronę, zawsze może podreperować budżet wyrabiając parę nadgodzin.




Na zakończenie: Żarcie kupuje się tutaj w dyskoncie 'Bonus' z dziwnym logo - świnką skarbonką, która musi być mocno pod wpływem.

czwartek, 9 września 2010

Lokalne przysmaki.

W zeszłą niedzielę miało miejsce święto owcy i baranka. Mieszkańcy Akureyri i okolicznych wiosek bawili się przednie, wiadomo jednak, jak ta cała heca musiała się skończyc dla puszystych czworonogów.

Od paru dni na uczelnianej stołówce mamy jagnięcinę i baraninę na 101 sposobów - steki mniej lub bardziej wysmażone, zupy mniej lub bardziej gęste i śmierdzące. W lokalnych marketach możemy dostać to: baranie główki cięte wpół wzdłuż osi czaszki. Podobno się to je.


Najlepsze przede mną - czekam na dostawę steków z wieloryba.

środa, 8 września 2010

Kilka słów o Islandii.

Teraz, proszę państwa, kilka informacji o wyspie,  na której spędzę parę miesięcy.

Islandia jest wyspą europejską, raczej wulkaniczną. Natura Islandii jest rekordzistką w dwóch dziedzinach: Największy lodowiec w Europie i największy wodospad. Jeszcze ich nie widziałem, ale nie odpuszczę sobie.

"Europejskośc" mozna traktowac nieco na wyrost - technicznie rzecz biorąc, najbliżej stąd jest do Ameryki Płn, a konkretnie Constable Point na Grenlandii (nie licząc Wysp Owczych). Zresztą, każdy słyszał o Islandii, każdy chyba wie, że takie państwo na świecie jest, ci Islandczycy nawet sporą wyspę mają. Zabawne jest to, że jest ich tylko 300 tysięcy, czyli pół Wrocławia. Nawet Maltańczyków jest więcej, chociaż wyspę mają dużo mniejszą.

Przed kryzysem i całą jazdą z bankami Polacy stanowili tutaj najliczniejszą mniejszość narodową - 10%. Znakomita większość z nich przyjechała tu na początku lat '90, są więc oni niemal tacy jak 'locals'.

Dziś jednak na ustach wszystkich mieszkańców Reykjaviku są muzułmanie, którym udało się kupić całkiem spory budynek. Przeznaczą go na "dom wspólnoty", oczywiście jeśli nie uzyskają pozwolenia na meczet. Poczekamy, zobaczymy co z tego wyjdzie. A, kebaba też można tu dostac.

Islandczycy są bogaci i wyluzowani. Zapytani o wulkan, którego nazwy nikt nie potrafi wypowiedziec, będący zmorą europejskich linii lotniczych przez parę tygodni, twierdzą, że to raczej problem Europejczyków, nie ich (a na twarzach pojawia się uśmiech). Domy nie są ogradzane, przed drzwiami wejściowymi stoją grille, rowery, walają się piłki do nogi. Jeżdżą dużymi amerykańskimi pickupami, jeepami, azjatyckimi Toyotami i różnymi europejskimi samochodami. Mają jedną autostradę dookoła wyspy (można nią jeździc w obie strony), ale, generalnie, wiele z tych dróg, które są asfaltowe jest połatanych z paroma dziurami tu i ówdzie.

Ah, zapomniałbym - asfalt jest tylko w miastach i na głównych drogach. Reszta to drogi bite. Pełen offroad (nawet lokalne pks-y kursujące przez wyspę są dostępne w wersjach terenowych).

Płaci się tu w islenskich krónach. Na monetach są ryby, kraby i zwierzątka, na banknotach smutni panowie. W skrócie, cenę sklepową dzielimy na 4, a potem na 10. Albo na odwrót. Ceny nie są tu aż tak zabójcze, ale to zależy od produktów.

Cała Islandia jest geotermalna. Wyobraźcie sobie - budujecie dom, wbijacie rurę w ziemię i już macie gorącą wodę. Wtykacie wtyczkę w ziemię i macie prąd - po prostu bajka. I serio, tak to tutaj wszystko działa, chociaż oczywiście schemat jest uproszczony. Trochę.

wtorek, 7 września 2010

Podróż, pierwszy raz na wyspie.

Dzień podróży był morderczy.

W niedzielę miałem ostatni egzamin u doktora, bynajmniej nie takiego, że do rany przyłóż. Ok 18 wyniki (chociaż dalej mam wątpliwości, czy w ogóle to czytał)  z ukochaną 3 w indeksie i ochrzanem na do widzenia za jakieś tam dawne animozje (ale to inna historia).

Potem długo oczekiwane pszeniczne piwo zwycięstwa i pakowanie walizki, w nocy ruszam z rodzicami do Berlina na lotnisko Schonefeld (wylot 6:35). Do samolotu wsiada facet w pełnym opancerzeniu motocrossowym i z baranimi rogami na głowie. Niebo nad Europą bezchmurne, widok z okna niezapomniany. A, i leciałem airbusem 319, miła odmiana od wszechobecnych boeingów

W pół do ósmej jestem w Kopenhadze, mam ponad 5 godzin przerwy między lotami. Duty Free Zone jest tak obfity, że przy odpowiednio zasobnym portfelu i torbie można się tam bawić przez cały dzień.Ograniczyłem się do znalezienia kanapy z kontaktem i odpalenia wormsów na lapku ( w singlu, wi-fi płatne ) i "lunchu" we wschodniej knajpie. Posiłek był akurat największym błędem tego dnia - strasznie długo gotowali to w mikrofali, na tyle, ze trzeba było odczekać z 10 min, zanim będzie zjadliwe. Posiłkiem był ryż z "kurczakiem" "teriyaki". Nie polecam, dalej nie wiem, co to tak naprawdę było, przynajmniej w żołądku się przyjęło.

W samolocie do Reykjaviku, oprócz mnie, głównie Skandynawowie i Amerykanie, była też młoda rodzina Rosjan. Podczas lotu niestety niebo zachmurzone kompletnie. Znowu boeing.


Na miejscu szaro i leje, musiałem zmieni lotnisko z Reykjaviku Keflaviku (international) na Reykjavik Domestic. Po drodze można podziwiać starą bazę NATO zamienioną na akademiki, wulkan, góry i las, który ma 20 lat i drzewa wielkości takiej, jak u nas iglaki w Obi (swoją drogą, na Islandii można dostać za darmo działkę od państwa pod zalesienie, posadź tu pan tylko drzewo na językach zastygłej lawy). Widoki fajne, z pewnością jest to raj dla geologów.


Reykjavik domestic jest lotniskiem, ale więcej ma wspólnego z małomiasteczkowym dworcem PKS. Kupowanie biletu na krajowe przeloty z resztą też. Nawet są bilety ulgowe.

Wieczorem ląduję w Akureyri. Nareszcie.

Na podstawie przygód lotniskowych stworzyłem ranking sympatyczności narodów na podstawie kryterium tolerancji dla nadbagażu. 1. Miejsce - Islandczycy (olali całość, czyli 5 kilo), 2. Niemcy (policzyli tylko połowę), ostatni Duńczycy - nie trzeba chyba tłumaczyć.