Na początku chcę przeprosić za drobny przestój, ale mam do końca miesiąca pewne problemy z dostępem do sieci, a na dodatek ładowarka do notebooka zrobiła się bardzo humorzasta i często odmawia współpracy z kontaktem i baterią. Jak tylko będzie sieć to wrzucę nowsze posty, zdjęcia już czekają na dysku.
Wracamy do Askji.
Dzień 2.
Wstajemy wcześnie rano, żeby dotrzeć do wulkanu, wrócić i opuścić Interior przed zmierzchem. Dzień wcześniej dogadaliśmy się z Ranger Lady, że podrzuci nas swoim Isuzu w jedną stronę, na piechotę będziemy musieli przejść drogę w jedną stronę.
Askja.
| Weniwidiwiczi. |
Mam nadzieję, że zdjęcia chociaż w minimalnym stopniu oddają piękno tego miejsca. Teraz już rozumiem, czemu niektórych ludzi ‘ciągnie’ na północ.
Do jeziora można zejść stromym stokiem. O wiele większą frajdę sprawia zjechanie w dół na własnym tyłku!
Drugie z jezior znajduje się w małym kraterze Viti, ma mleczno błękitny kolor – z krateru wydobywają się duże ilości jakichś gorących siarkowych gazów, przez co woda jest podgrzewana jak w garnku. W przewodnikach piszą, że woda ma 21 stopni – byłem, sprawdziłem – jest dużo zimniejsza.
Jeszcze jeden szok czekał nas kiedy już wracaliśmy Vitarami do domu. Jak pisałem wcześniej, na krótkim odcinku musieliśmy zjechać z drogi, która była zawalona śniegiem i pojechać tuż obok niej po w miarę znośnym terenie. Wracaliśmy kawałek z Ranger Lady uzbrojeni w.... grabie i łopaty, żeby zatrzeć nasze ślady. Dlaczego i po co?
Wracamy do domu, żegna nas Herðubreið oświetlany promieniami zachodzącego słońca. Siarczkowy zapach skóry, który zawdzięczam wulkanicznemu źródełku młodości udaje się zmyć dopiero po dwóch dniach.
Notka: Blogspot nie sprzyja wrzucaniu dużej ilości zdjęć, dlatego wszystkie są pod tekstem, jedne pod drugim. Następnym razem będzie mniej obrazków ;)
Notka: Blogspot nie sprzyja wrzucaniu dużej ilości zdjęć, dlatego wszystkie są pod tekstem, jedne pod drugim. Następnym razem będzie mniej obrazków ;)
| Koedukacyjna zabawa w Schwarzeneggera z 1-ej części Predatora |