Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vitara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vitara. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 września 2010

JJ, Interior i Askja. cz. 2 - Śnieg


Z czasem śnieg jest widoczny nie tylko na wierzchołkach gór, także dookoła nas. Wjeżdżamy na wyżyny Interioru, robi się coraz zimniej. Krajobraz z szaro-czarnego przybiera czarno-białe barwy lawy pokrytej miejscami śniegiem. Jest pięknie, błekit nieba i blask słońca dopełnia wrażenia.

Potem śnieg jest także na drogach. Miejscami, na złość, śnieg leży TYLKO na drodze i ma dobre pół metra. TO jest zdecydowanie za dużo dla Grand Vitary, raz liną z JJ-em wyciągnęliśmy drugiego jeepa, ale za drugim razem trzeba było szukać innych metod – kiedy nie udało się siłą umysłu wyciągnąć go ze śniegu (jak Skywalker czy Yoda), poszliśmy z Frauke po łopatę do najbliższego schroniska. Nie ma to jak spacer po pustkowiu wczesnym wieczorem. Oczywiście nie było tam nikogo, na szczęście drzwi do jednej z chat były otwarte. Co najważniejsze – była też tam łopata ! O ile odległość do Askji przez sam interior wynosi jakieś 100 km, ostatnie 5 km zabrało nam z 40-50 % czasu. Miejscami jechaliśmy poza drogą, o ile warunki na to pozwalały.
Planowaliśmy jeszcze tego samego dnia dostać się do krateru Askji, niestety, przez zabawy w śniegu mieliśmy wielkie opóźnienie. Askja zostaje na jutro, będziemy musieli zrezygnować z lodowych jaskiń Vatnajokull (pewne jest jedno – jeśli śnieg jest tutaj, to będzie tam, i to o wiele więcej i o wiele za dużo dla Grand Vitary). Zdążyliśmy trochę połazić po tutejszym wąwozie przed zmrokiem.

Śpimy w takim niby schronisku, którym zarządza wspomniana wcześniej Ranger Lady. W chacie jest zimno na parterze i w kuchni. Na dodatek przyjechała jeszcze banda ludzi lodu, którzy latali w krótkich rękawkach i przy otwartych drzwiach. Brrr.

Śpimy na poddaszu na jednym wielkim łóżku. Jest przyjemnie ciepło.

wtorek, 21 września 2010

JJ, Interior i Askja. cz. 1 - Pustkowia


            Dzień 1.

Team-A i Team-B




W sobotę wyruszyliśmy na wyprawę do Interioru, do krateru Askja. Śpiwór, prowiant, aparat, lina i dwie Grand Vitary – można ruszać w drogę (prognoza-wszystkie drogi przejezdne). Początkowo jechaliśmy wzdłuż fiordu i wybrzeża, potem coraz bardziej w głąb wyspy drogą prowadzącą między niskimi górami. Był wczesny poranek, można zobaczyć jak poranna mgła ucieka przed promieniami słońca za wierzchołki gór.

Dwa samochody, 9 osób - Ja, Mateusz (Polska), Gloria, David (Hiszpania), Dobrevka, Veronika, Pawel (Czechy), Frauke, Alex (Niemcy).
Pawel i Veronika.
         
   Jeszcze tylko bak do pełna na ostatniej stacji benzynowej i możemy ruszać wgłąb wyspy. Zero miast, stacji benzynowych, cywilizacji. Jedno lotnisko wojskowe i parę chato-schronisk. Poza tym – sama natura. Przejechaliśmy jeszcze paręnaście kilometrów do zjazdu na pustynię. Wita nas znak zapowiadający atrakcje: burze piaskowe, rzeki i zakaz wjazdu dla samochodów bez napędu 4x4.
Ruszamy.

Przez pierwsze kilometry widać jeszcze ślady życia, wzgórza pokryte są niskimi zaroślami. Okolica wydaje się idealnie płaska – w oddali bielą się szczyty, gdzieś tam widać mniejsze kratery, czasem przejeżdzamy przez magmowe wzgórza, aż dojeżdżamy do rzek, błekitnych żył wulkanicznej pustyni.Im dalej w głąb, tym powietrze zimniejsze. Termometr na kokpicie pokazuje 1, czasem 0 stopni. Mocne jeszcze, wrześniowe słońce niweluje efekt chłodu.
 
Tu nie ma mostów. Jak się później dowiedzieliśmy od Ranger Lady, patrolującej pustkowia imponującym Isuzu, nikt nie ma zamiaru ich budować, ani tym bardziej kłaść tutaj asfaltu. Islandczycy nie chcą, aby do jeszcze dzikich miejsc zaczęła zjeżdżać rzesza nudnych turystów. W ciągu całego dnia podróży po pustkowiach minęliśmy tylko dwa cywilne Range Rovery jadące w przeciwnym kierunku.

Pierwsza rzeka. Mówiłem już, że nie ma mostów, tak? Przed przejazdem warto przejść i sprawdzić, czy bród się nie przesunął. No to hop, laczki na nogi i idziemy przez rzekę. Na początku zimno, potem cholernie zimno, potem kurewsko zimno, potem nóg nie czuć, a na końcu drugi brzeg. Vitary przejechały bez większych problemów. Wiem jedno – następnym razem bród sprawdzają inni, a przeprawiać będę się ja.




Krajobraz staje się coraz bardziej księżycowy. Piach, lawa, w oddali góry, za nami została roślinność. Jeśli ktoś z was nie wierzy w lądowanie człowieka na księżycu, to chyba właśnie tutaj je nakręcili. Gnam 120 przez pustynię, jesteśmy tylko my, JJ (nasz czarny Suzuki) i pustkowie dookoła nas, tysiące kilometrów kwadratowych pustkowia.





                                            

Prawdziwy wasteland, prawie jak w Falloucie.
Herðubreið wyłania się z naszej prawej strony. Samotny olbrzym, który przez najbliższy dzień będzie dla nas punktem odniesienia.